Najczarniejszy scenariusz sprawdza się zawsze - nie doszliśmy do wioski brzegiem morza, bo nie było wystarczająco dużo plaży. Kończyła się jakieś 10 metrów od resortu, więc albo zabrało ją wczoraj morze, albo przypływ jeszcze się nie skończył. Musieliśmy iść więc lasem, co wyszło nam na dobre, bo w połowie drogi napotkaliśmy nowy przybytek.
Usiedliśmy na skleconych z bambusa krzesełkach, przy typowych chyba dla tego typu miejsc stolikach, których nogi na wysokości 10 cm od ziemi są połączone poprzeczkami. Takie rozwiązanie bardzo zwiększa bezpieczeństo ale uniemożliwia wygodne siadanie. Trzeba usiąść, przysunąć się, przełożyć nogi nad poprzeczką, przysunąć się, cały czas pamiętać, że poprzeczka przy każdym głupim ruchu może poranić achillesa.
Zamówiliśmy sok z cytryny (60), sok z mango (70), smażony ryż z kurczakiem (110) i kurczaka z orzechami cashew (150). Jest to potrawa w mojej ocenie niedostępna w Polsce, bo wymaga na tyle świeżych orzechów (porządna garść na osobę), żeby można było je nadziać na widelec nawet po usmażeniu. Udało mi się kiedyś dostać nawet wersję kompletnie udawaną, tzn posypaną orzechami po usmażeniu, co daje dość marny efekt, ale jak się usmaży orzechy z paczki, to są twarde. Erzac nie warty próbowania. Tutaj dostałem coś trafionego w punkt, ale oczywiście z nowym dodatkiem, którego nie znałem - jakimiś marynowanymi grzybkami.
Co do soku z mango mogę jak zwykle powiedzieć tyle, że jak ktoś nie próbował, to nie wie co traci. Polecam pulpę w puszkach, smakuje tak samo, a nawet lepiej, niż świeża, bo jest zawsze słodka, a prawdziwe mango, tak jak prawdziwe banany, ananasy, mandarynki potrafi być różny. Dzisiejsze mango było zdecydowanie świeże, bo czuć było i pestkę i skórkę. Mniam.
Pani gotująca znad garów śpiewnym australijskim akcentem dyskutowała z turystami z drugiego stolika o tym, że trochę zmieni recepturę ich potraw, żeby były bardziej smakowite, a nie tak ostre, jak gotuje dla siebie. Chyba też byli zachwyceni, bo odchodząc obiecywali, że jutro przyjdą. My też chyba zrobimy powtórkę, bo jeżeli wszystko tutaj jest takie dobre, to masaman curry może urywać łeb.
A w resorcie czekała nas niespodzianka, czyli chmara gości oglądających zachód słońca, sączących driny z wielkich szklanic z parasolkami i taplających sie w basenie. Też kiedyś tak oglądaliśmy gwiazdy, bo w tym basenie jest cieplej, niż na zewnątrz.
Na horyzoncie mamy burzę. Hm.