Nawet nie zamierzam sprawdzać, jak Szekesfejerwar pisze się po węgiersku, gdyż nie ma to znaczenia dla prawdy obiektywnej. Na znakach piszą Sfvar.
Baliśmy się, że albo z nami coś się zepsuło, albo po Sopronie nic nam się już nie będzie podobać, więc do Sfvar jechaliśmy w lekkich nerwach i potężnym przejedzeniu. Ponieważ w naszym Yachclubie zostało 6 gości, śniadanie było bardzo ubogie. Nabraliśmy więc, co było, zanieśliśmy do stolika, a tu przylatuje kelner i się pyta, jakie chcemy jajka, beko, kiełbaski. Popatrzyliśmy na stertę salami na talerzach i zamówiliśmy jajecznicę. Czyli dwie jajecznice. Głupio było panu odmówić. Dwie jajecznice, bez boczku, kiełbasek (mają tu takie słodkie, czosnkowe, paprykowe cuda, których bym się bardziej w Bangkoku spodziewał). Pan przyniósł: dwie jajecznice na talerzykach, każdą z 4-5 jaj. Cóż zrobić, trzeba było zjeść.
Zaparkowaliśmy pod centrum handlowym, do którego przylegał targ, na którym swoje płody i przetwory sprzedawali lokalni producenci. Truskawki klasy premium nie robią już na nas wrażenia, ale konserwowe ogórki faszerowane kapustą nadal tak. Niestety ani jedne ani drugie mogły nie przeżyć naszych dalszych podróży, więc ograniczyliśmy się do zrobienia zdjęć.
Sfar jest ważne dla Węgrów z powodu roli, jaką odegrało w przeszłości: tu koronowano i chowano królów. Na każdym kroku widać wycieczki szkolne, oprowadzane po historycznych miejscach, z których niektóre były dla nas niezrozumiałe (np. wielki spirzowy dzwon (jak liberty bell) wbudowany w fontannę) albo nieuwzględnione w przewodnikach internetowych (przypadkiem natknęliśmy się na zegar z kurantami i ruszającymi się figurkami). Najważniejsze, że znowu widzieliśmy magię miejsca, żyjącą starówkę, miłych ludzi, zadowolonych z życia. Od razu przyjemnie było - jak zwykle u nas w samo południe - łazić od fontanny do kościoła, od pomnika do ruin. Główna ulica starówki jest prawdopodobnie artystycznie oświetlona - w chodniku widać wmurowane oświetlenie, uformowane w wielometrowe esy-floresy.
Bardzo zaskoczyła mnie ruina bazyliki koronacyjnej. Pomimo tego, że wszystko można zobaczyć z otaczającego ją placu, widać było, że wiele osób kupuje bilet, żeby wejść na jej teren. Może jest to dla nich tak ważne miejsce, że traktują bilety jako specyficzny podatek?
Wracając do samochodu usiedliśmy w indonezyjskiej - jak się okazało - knajpce Bambu, gdzie dostaliśmy pyszną lemoniadę (przypomniało mi się energetyzujące picie, które kupiliśmy w centrum handlowym w KLL) oraz pyszne pierożki i sajgonki.
Generalnie - bardzo polecam, trzy godziny minięły niezauważone, wrażenia zostały pozytywne.